Moje przygody przy próbie wypisania się z Kościoła katolickiego – część 3.

W czwartek miała miejsce moja najdłuższa rozmowa z księdzem proboszczem 🙂 . Na dzień dobry ksiądz proboszcz powitał mnie słowami „Proszę pana, czekam na przeprosiny. Możemy porozmawiać kulturalnie, jak pan kulturalnie się zachowa.”. Zaczyna się nieźle. 😉

To było 20 trudnych minut z mojego życia 😉 . Zapraszam na relację z tego wiekopomnego spotkania 🙂 . Wpis jest kontynuacją wcześniejszych wpisów:
1) Moje przygody przy próbie wypisania się z Kościoła katolickiego
oraz
2) Moje przygody przy próbie wypisania się z Kościoła katolickiego – część 2.

Nie do końca wiedziałem, o co księdzu chodzi z tymi przeprosinami, więc starałem się dojść do wyjaśnienia sprawy – wspomniałem więc, że ksiądz powiedział, że mam złego ducha i że jestem w sekcie – ja byłem od początku gotów porozmawiać i podpisać dokumenty. Ksiądz mi przerwał twierdząc, że tak nie powiedział! Ciekawe… Nie dał mi dojść do słowa, że przecież powiedział mi to przez telefon. Ksiądz mi tłumaczył, że sekretarz parafii byłby przecież świadkiem, gdyby ksiądz coś takiego powiedział! 😀

Mniej więcej tak to wyglądało. Niestety, kulturalna rozmowa z tym księdzem proboszczem nie jest możliwa. Natychmiast przerywa, nie wysłuchuje. 🙁

Czy ktoś z czytających to jeszcze w ogóle pamięta, że ja tam poszedłem, aby wypisać się z Kościoła rzymskokatolickiego? Chyba „something is no yes”, bo zamiast wypisania się, zacząłem brać udział w telenoweli „Spotkanie z proboszczem”! 😀

Serio, czytam sobie cały ten swój wpis, i mi tak strasznie przykro, że te rozmowy przebiegały w ten sposób… Co tego człowieka tak nastawiło przeciw mnie? To, że przy naszym pierwszym spotkaniu nie byłem zadowolony z faktu, że mam czekać tydzień na złożenie dokumentów, gdy wcale tygodnia czekać nie musiałem? Potem cały czas stawiał mi przeszkody. No nic, lecimy dalej z relacją!

W końcu udało mi się zauważyć, że ksiądz poczuł się dotknięty tym, że mu powiedziałem, że zgodnie z prawem nie muszę przyjść z chrzestnymi, aby się wypisać z Kościoła rzymskokatolickiego. Że po prostu nie ma racji.

Ksiądz twierdził, że ma prawo wymagać chrzestnych, że Prawo Kanoniczne tego wymaga, że… po prostu oni są wymagani! Ale zaraz w sumie dodał, że „być może teraz nie jest to konieczne, ale przez pewien czas było”. Widać było efekty rozmowy z „notariuszem”, o których pisałem w ostatnim wpisie. Chwała Bogu 🙂

Gdy go zapytałem, czy chrzestni nie są już konieczni wg dzisiejszej procedury, ksiądz wrócił do retoryki, że go „oczerniam”, a potem mówił, że słyszał i wiedział, że ma prawo wzywać rodziców chrzestnych, a jeżeli nie, to można się dogadać, jeśli bym się zachował kulturalnie.

Jak widzicie po dwóch wcześniejszych wpisach, na pewno z księdzem proboszczem mocno różnimy się z postrzeganiu rzeczywistości wokół nas. Czułem się trochę zrezygnowany, że muszę tam jeszcze być, że nie mogę sobie po prostu wyjść i mieć tego z głowy. Ale byłem dzielny! 😉

Już rozumiecie, jaki był klimat tej rozmowy? Co tam, że przepisy się zmieniły – ksiądz teraz już dobrze o tym wie, bo miał telefon z kurii – on po prostu uważa, że zna się na tym wystarczająco dobrze, wręcz – najlepiej. Gdyby słuchał ludzi wokół – dowiedziałby się, że w tej po prostu kwestii się pomylił. Dla księdza proboszcza przyznanie się do tej pomyłki było ponad siły. Masakra! To powinno być jasne – ksiądz proboszcz musi się orientować w prawie w takich sprawach, a przynajmniej słuchać ludzi, którzy się na tym znają i mu to wprost powiedzą. I respektować to.

Potem ksiądz zaczął w swoim stylu wypytywać mnie o wiele rzeczy, m.in.:
– komu to jest potrzebne (wypisanie z Kościoła rzymskokatolickiego)?
– a komu?
– a do czego?
– do czego? do czego?

Nawet gdy zacząłem coś mówić, ksiądz mi natychmiastowo przerywał. Cóż, skoro tak, to starałem się ignorować te pytania. Dowiedziałem się też, że wg księdza nie mogę się wypisać, bo to nie jest byle jaka organizacja, tylko istniejąca od założenia Chrystusa, od 2.000 lat, ma bardzo dużo milionów wyznawców, a także jest bardzo znaną wspólnotą.

Nie komentowałem już tego podejścia „na krucjatę”, ale ta organizacja nie istnieje od czasów Chrystusa i nie ma 2.000 lat. Wystarczy zbadać historię. Wyznawców ma dużo, lecz większość tylko w dokumentach, choć nadal nie wiem, na co to miał być argument? 🙂 Bo czego oznaką (dla Boga) ma być rozpoznawalność oraz tłumy ludzi, które twierdzą, że „w grupie siła”?

I ktoś go zapytał: Panie, czy mało jest tych, którzy będą zbawieni? On zaś im odpowiedział: Usiłujcie wejść przez ciasną bramę, bo mówię wam, że wielu będzie chciało wejść, lecz nie będą mogli. Gdy gospodarz wstanie i zamknie drzwi, zaczniecie stać na zewnątrz i pukać do drzwi, mówiąc: Panie, Panie, otwórz nam! A on wam odpowie: Nie znam was i nie wiem, skąd jesteście. Wtedy zaczniecie mówić: Jedliśmy i piliśmy z tobą, i nauczałeś na naszych ulicach. A on powie: Mówię wam, nie znam was i nie wiem, skąd jesteście; odstąpcie ode mnie wszyscy, którzy czynicie nieprawość. Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów, gdy ujrzycie Abrahama, Izaaka, Jakuba i wszystkich proroków w królestwie Bożym, a samych siebie wyrzuconych precz. I przyjdą inni ze wschodu i z zachodu, z północy i z południa, i zasiądą za stołem w królestwie Bożym. Tak oto są ostatni, którzy będą pierwszymi, i są pierwsi, którzy będą ostatnimi. [Ewangelia Łukasza, rozdział 13, wersety 23-30]

Mimo to, widać było, że ksiądz wie, że musi przyjąć ode mnie ten dokument…

Ten wpis nabiera dużych rozmiarów… I podjąłem decyzję… I wiem, że niektórzy będą przez to nastawieni wobec mnie znacznie mniej przychylnie, niż ksiądz proboszcz… I troszkę się boję konsekwencji spotkania w najbliższych dniach twarzą w twarz z dowolnym czytelnikiem tych przygód…

Ale ciąg dalszy tej „przygody” przygotuję i wypuszczę po weekendzie! 😀

Dla zachęty dodam, że nie doszedłem jeszcze do punktu kulminacyjnego tej rozmowy! 🙂 

Bądźcie czujni! 😉